Srebrna obrączka
wrz 15th, 2010 by admin
Piotr szedł niespiesznie przez centrum Warszawy, z małą paczuszką w lewej dłoni. Niósł dla swojej dziewczyny, Agnieszki, wspaniały prezent – srebrną obrączkę. Byli ze sobą od drugiej klasy liceum i niedawno skończyli dziewiętnaście lat. Przez cały ten okres całowali się i od czasu do czasu dotykali tylko przez ubrania. On pieścił jej brzuch przez miękki sweterek, on łapała go za pupę przez dżinsy. Nigdy nie robili żadnych świństw. I srebrna obrączka miała im właśnie przypominać o tym cudownym wyrzeczeniu, które z pewnością podobało się bardzo Bogu.
Piotr myślał często o tym, jak to będzie, kiedy już się pobiorą i kiedy dozwolone stanie się dla nich wspólne przeżywanie rozkoszy (Piotr przeżywał czasami rozkosz samotnie, przed ekranem komputera, jednak wstydził się tego bardzo i nigdy nie zapominał o wyznaniu owego faktu swemu spowiednikowi). Wyobrażał sobie, że znajdą się wtedy w pachnącej sypialni, pełnej świec i kadzidełek, gdzie będzie wielkie, miękkie łoże z baldachimem, na którym ułoży delikatnie Agnieszkę, a ta zdejmie z wdziękiem swoją białą suknię. Oboje będą nieśmiali, ale jednocześnie bardzo podnieceni. Nie zrobi jej nic z tych rzeczy, które widział na ekranie komputera. Jego członek nawet nie przysunie się do jej twarzy. Za bardzo ją szanuje, by robić takie rzeczy. Będą się tylko pieścić rękoma i błądzić po swoich nagich ciałach. A kiedy już gotowość do czynu spadnie na nich oboje (niczym błogosławieństwo Ducha Świętego), wtedy on ułoży się na niej i doświadczać będą cudownej jedności dwóch dusz.
Ach, kiedy to będzie! Ale to nieważne, trzeba wytrwać. Oboje doskonale o tym wiedzą. A ta srebrna obrączka będzie im o tym niezmiennie przypominać.
Szedł więc Piotr przed siebie, pełen nadziei i z miłością bożą w sercu. Jakąż piękną niespodziankę szykował swojej kochanej Agnieszce.
Kiedy wszedł po schodach i zapukał do drzwi, nikt mu nie odpowiedział. Nie zraziło go to bynajmniej. Tak zżyci byli już ze sobą, że nie miał oporów, by nacisnąć klamkę i wejść do mieszkania (które dzieliła z dwoma współlokatorkami), jakby wchodził do siebie.
Drzwi były otwarte. Kiedy tylko je uchylił, doleciał do niego jakiś dziwny pojedynczy dźwięk, ni to świst, ni to trzask. Podążył przedpokojem za tym tajemniczym tropem, nawołując słodko.
- Aaaagi! Aaaagi, kochanie! To ja! – zawodził.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy wszedł do jej pokoju i ujrzał swoją ukochaną nagą.
Choć, jeżeli dłużej się nad tym zastanowić, to jej nagość nie była w tym wszystkim najbardziej szokująca.
Agnieszka przywiązana była przodem do wielkiego drewnianego X. Wokół jej smukłych nadgarstków i kostek zapięte były skórzane klamry. Na jej opalonej szyi była czarna, nabijana ćwiekami obroża, a w pomalowanych mocno czerwienią ustach siedział czarny knebel. Jej plecy i tyłek pokrywała skomplikowana sieć świeżych, jasnoczerwonych pręgów. Jakieś dwa metry za nią, z batem (!) w ręku, stał wielki owłosiony motocyklista. Facet miał ze czterdzieści lat. Wielki, owłosiony brzuch wystawał mu spomiędzy rozpiętej ramoneski, a długie, siwiejące już włosy sterczały spod niemieckiego hełmu. Pooraną bliznami twarz zasłaniała gęsta broda i wielkie lustrzanki. Na nogach miał wysokie, skórzane buty i nic więcej. Ogromny, blady, lśniący wilgocią kutas sterczał bezczelnie, a pod nim zwisały dwa nabrzmiałe, owłosione jaja. Na podłodze walały się przeróżne zabawki, w większości wilgotne lub pobrudzone czymś brązowym. Były też wśród nich szpicruty, pejcze, łańcuchy, sznury, kajdanki i inne tego typu rzeczy.
Agnieszka obróciła głowę w stronę Piotra i wytrzeszczyła oczy.
- O ułłe, Ołtł! Ło yy uuaał łooih?! – próbowała coś powiedzieć.
Motocyklista podszedł do niej i patrząc na zszokowanego młodzieńca, wsadził jej swojego fiuta prosto w dupę. Chwycił za włosy i zaczął mocno rżnąć.
- Moja suka… Yeah… chciała chyba powiedzieć… Ech…, O kurde, Piotr! Co ty tutaj robisz?! – wysapał do akompaniamentu głośnych plasków spoconych, tłustych lędźwi o jędrną małą dupkę i zdławionych kneblem jęków Agnieszki towarzyszących każdemu pchnięciu.
Piotr nawet nie zamknął za sobą drzwi, kiedy wychodził z mieszkania. Dopiero dwa piętra niżej przestało do niego docierać rytmiczne, szybkie klaskanie.
Wyszedł przed budynek i rozpakował ściskany cały czas w ręce prezent.
Wyjął z pudełeczka srebrną obrączkę, wyprostował się i spojrzał w dal. Po chwili potrząsnął głową i uśmiechnął się szeroko.
- Przecież mnie tu dziś wcale nie było! To jutro przychodzę do mojej czystej, pięknej Agi z tym wspaniałym prezentem. A teraz?! Teraz jestem u siebie w domu i oglądam telewizję! Mnie tu dziś w ogóle nie było… – Odszedł powtarzając to w kółko, aż w końcu, po iluś tam krokach, uwierzył, że to najświętsza z prawd.
