Tajemnicze Morderstwo przy High Heels
wrz 15th, 2010 by admin
Nazywam się Amanda. Amanda Kane. Mam 26 lat. Wiem, to niedużo, jak na prywatnego detektywa. Ale jak dotąd wystarczało. Tym bardziej, że uczyłam się u najlepszego z najlepszych, samego Waltera S. Benta. Nauczył mnie wszystkiego. I kiedy mówię „wszystkiego”, mam na myśli dokładnie to. Nauczył mnie, jak znaleźć trop i jak wyciągnąć zeznania, i to zarówno za pomocą kolby mojego wiernego 38. special, jak i za pomocą mojej jędrnej dupci i twardych cycków. W tym fachu wszystkie chwyty są dozwolone. W tym fachu nie ma dobrych i złych, są tylko źli i jeszcze gorsi. W tym fachu żyje się ze zleceń. Dlatego nie zastanawiałam się nawet przez sekundę, kiedy kilka tygodni temu przyszła do mnie ta babka i płacząc mi w rękaw prosiła, bym znalazła zabójcę jej nastoletniej córki. Policja nie chciała pomóc, szybko uznali, że to samobójstwo i zamknęli sprawę. Tylko, że to nie było żadne cholerne samobójstwo. A to znaczyło, że maczał w tym swoje paluchy ktoś z góry. Świat schodzi na psy. Biedna kobiecina. Nie mogłam jej odmówić. Zgarnęłam więc 2 patyki, które położyła na stole i ruszyłam swoje rude 158 centymetrów i 45 kilogramów, do pracy. Zaczęłam standardowo, od mojego „przyjaciela” w policji, detektywa Abramsa. Aby wyciągnąć od niego to, po co przyszłam, sama musiałam mu w zamian wyciągnąć to i owo. Standard. 5 minut wpychania jego tłustego, spoconego fiuta w moje gardło, aż po same jaja, chwila ścierania mojej własnej śliny z cycków i brody i kilka sekund ciepłej spermy, spływającej obficie po moim przełyku zaoszczędziło mi pewnie ze 3 dni łażenia po tanich spelunach. Moim zdaniem, dobra wymiana. Tym bardziej, że dostałam więcej, niż się spodziewałam. Ta nastolatka nie była pierwszą ofiarą. Drań robił to już od dawna, w różnych miejscach, zawsze w ten sam sposób. Policja dawno się poddała i teraz skupiali się już tylko na tym, by nic nie wyciekło do prasy. Żeby nie wybuchła panika. Po prostu kolejne samobójstwa nastoletnich dziewcząt. Po prostu pięknie. Ruszyłam dalej, przykładając po drodze zimną lufę do czyichś skroni i przyjmując kolejne ciepłe kutasy w moje śliczne, gościnne otworki. Czasami we wszystkie na raz, zwłaszcza w murzyńskim getcie, gdzie koledzy zawsze trzymają się stadami. Ale wreszcie dotarłam. Nawet nie chce mi się myśleć o tym, co musiałam zrobić, żeby otrzymać ostatni fragment układanki. Ważne, że dotarłam. Dowiedziałam się, kim on jest. Dowiedziałam się, gdzie mieszka. Dowiedziałam się, kiedy go tam znajdę. Przycupnęłam wieczorem w ciemnej, tylnej uliczce, schowana za kontenerem na śmieci i wpatrywałam się w drzwi na dole i w jego okna. Było pusto i cicho. Tak jak lubię. Jestem w końcu kotką, zwinnym drapieżnikiem, poluję w nocy i w pojedynkę, bezszelestnie. Jestem…
- Witaj. – Głęboki, męski głos rozbrzmiał tuż nad moim uchem! Nie zdążyłam się nawet odwrócić. Chwycił mnie mocno za ramiona powyżej łokci i rzucił na ziemię, przygniatając swoim ciężarem.
- Na mnie czekałaś? – zapytał rozbawiony głos – A ja czekałem na ciebie, moja droga.
Chciałam odpowiedzieć, ale ledwo otworzyłam usta, on wepchnął mi w nie gumowy knebel i zapiął z tyłu głowy. Miałam takie na sobie chyba ze sto razy, dlatego nie straciłam koncentracji. Szybko spróbowałam wykorzystać jedną wolną rękę i zaatakować, jednak on był szybszy. Przygniótł mnie znowu. Jednym, błyskawicznym ruchem zerwał moją spódniczkę, razem z majtkami. Drugą ręką trzymał mnie przy ziemi. Był tak silny, że nie mogłam się podnieść. On nie tracił czasu. Szybko poczułam jego wielką dłoń pomiędzy moimi pośladkami. Wepchnął mi na raz chyba po dwa palce w cipkę i dupę. Po same kłykcie. Krzyknęłabym, gdyby nie ten knebel. On tym czasem posuwał mnie swoją ręką z taką furią, że bałam się, że rozerwie mnie na kawałki. Po chwili przestał, wyjął rękę i przysunął mi do twarzy. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że ocieka ona śluzem. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jaka jestem mokra! Wytarł mi tę dłoń w twarz i usłyszałam jak rozpina rozporek. Chwila oczekiwania. Coś ciepłego zbliżyło się do mnie. W końcu położył go na moim pośladku całego. Chciał, żebym poczuła, jaki jest ogromny. I był. Był prawdopodobnie największym i najcięższym fiutem, na jakiego natrafiłam w swoim życiu. Zacisnęłam mocno dłonie i oczy, kiedy wjechał mi nim w sam środek tyłka, bynajmniej kurde nie w cipkę Tym razem byłam już pewna, że rozerwie na strzępy. Walił mocno i do samego końca. Pomiędzy tymi chwilami, kiedy jego stalowy konar wychodził ze mnie i wchodził na taką głębokość, jakby nie miał końca, czułam uderzenie jego masywnych, nabrzmiałych jąder na mojej szparce. Plask! Plask! Plask! Za każdym razem przesuwało mnie na tym betonie chyba ze 30 centymetrów! A on rżnął mnie i rżnął. Jak jakieś dzikie zwierze, mocno, szybko, długo, wkładając w każde pchnięcie całą potencję skumulowaną w lędźwiach. Wreszcie chwycił mnie za włosy, odciągnął do tyłu, drugą rękę zacisnął na mojej szyi i przyspieszył. Ruchał mnie teraz szybko, dysząc, dochodząc. W końcu poczułam ostatnie, zwycięskie pchnięcia, niemal na samym żołądku i uświadomiłam sobie, że wypełnia mnie jego gęsta sperma, która zaraz potem, kiedy wyciągnął swojego olbrzyma, wyciekła ze mnie na uda, cipkę i zimną ulicę. On zerwał się, zapiął spodnie i rzucił się przed siebie. Nie czekałam długo. Bez czucia w dolnych partiach ciała, z rozstawionymi nogami, chwyciłam jakimś cudem rewolwer ukryty w moim prawym kozaczku i wycelowałam w tył jego głowy. Był mój, wystarczyło tylko pociągnąć za spust i byłby koniec. Ale palce nie poszły za tymi myślami, ześlizgnęły się powoli ze spustu i pozwoliły mu uciec. Nie chciałam, żeby to był koniec. O nie! Nie po takim rżnięciu. Ta gra będzie się toczyć, a ja będę go ścigać, choćby i na koniec świata.
